Nadzieja pomieszana ze strachem. Wenezuelczycy po aresztowaniu Maduro mówią o "długiej drodze przed krajem"
Gdy w Caracas opadł kurz po nocnych eksplozjach i działaniach militarnych, mieszkańcy Wenezueli zaczęli wychodzić na ulice. Informacja o schwytaniu prezydenta Nicolás Maduro przez Stany Zjednoczone wywołała skrajnie różne emocje – od ostrożnej nadziei, przez strach, aż po gniew i poczucie głębokiej niepewności.
W sobotę nastroje w stolicy były zmienne. Część mieszkańców otwarcie cieszyła się z upadku wieloletniego przywódcy, inni potępiali działania USA jako naruszenie suwerenności kraju. Dina, mieszkanka Caracas, w rozmowie z BBC przyznała, że choć sytuacja jest trudna, po raz pierwszy od dawna "widzi światełko w tunelu". Jak mówiła, jest wdzięczna Stanom Zjednoczonym za odsunięcie Maduro od władzy, ale zastrzegła, że jej nazwisko nie może zostać ujawnione – atmosfera w kraju wciąż jest bowiem napięta.
Podobne odczucia ma Jorge, mieszkający na obrzeżach stolicy. Dziękował on za wsparcie, jakie – jego zdaniem – Wenezuela otrzymała od administracji Donald Trump, ale jednocześnie obawiał się chaosu. – Skoro zabrano tego człowieka, to co stanie się dalej? Nic nie jest nam zagwarantowane – mówił. – Najbliższe dni mogą być bardzo trudne.
Na ulicach Caracas pojawili się również zwolennicy dotychczasowego rządu. Domagali się oni uwolnienia Maduro i potępiali działania USA, określając je jako "porwanie". Do protestów dołączyła m.in. burmistrz Caracas Carmen Meléndez, wierna sojuszniczka obalonego przywódcy.
Maduro, stojący na czele Zjednoczonej Partii Socjalistycznej i rządzący krajem od 2013 roku, od lat był oskarżany przez opozycję i społeczność międzynarodową o fałszowanie wyborów, brutalne tłumienie protestów i represje wobec przeciwników politycznych. USA zarzucają mu kierowanie tzw. "narkoterrorystycznym" reżimem – czemu sam zainteresowany konsekwentnie zaprzeczał. Po aresztowaniu on i jego żona zostali przewiezieni do Nowego Jorku, gdzie mają usłyszeć zarzuty dotyczące handlu narkotykami i posiadania broni.
Prezydent Trump zapowiedział, że Stany Zjednoczone będą tymczasowo zarządzać Wenezuelą – w tym jej strategicznymi zasobami ropy naftowej – do momentu wyłonienia nowego przywództwa. Dla wielu mieszkańców kraju te deklaracje są jednak źródłem dodatkowych obaw. Dina otwarcie przyznała, że nie ufa Trumpowi. – Dziś mówi jedno, jutro co innego. Trudno traktować to poważnie – stwierdziła. Jedyną nadzieją, jaką widzi, są zapowiedzi inwestycji, które mogłyby poprawić dramatyczną sytuację gospodarczą kraju.
Strach wciąż jest realny. Kilka tygodni temu parlament, zdominowany przez zwolenników Maduro, przyjął prawo uznające osoby popierające amerykańskie działania morskie za "zdrajców". Jorge opowiadał, że jeszcze w piątek widział na ulicach motocyklistów z prorządowych bojówek colectivos, uzbrojonych i patrolujących miasto. – Człowiek boi się wyjść nawet po chleb – mówił.
Niepokój budzi także rola Diosdado Cabello, wpływowego ministra spraw wewnętrznych i bliskiego współpracownika Maduro. – To bardzo niebezpieczny człowiek. Nie wiemy, ilu ludzi nadal ma po swojej stronie – podkreślał Jorge, wyrażając nadzieję, że armia opowie się po stronie społeczeństwa.
Ulgę po odejściu Maduro od władzy czuje również Sandra, choć – podobnie jak inni – pozostaje sceptyczna wobec przyszłości. Zwraca uwagę na dramatyczną skalę emigracji: od 2013 roku niemal osiem milionów Wenezuelczyków opuściło kraj. Wielu z nich świętowało zatrzymanie Maduro na ulicach miast, w których znaleźli schronienie. – Miliony są na wygnaniu, inni zaginęli, trafili do więzień albo zginęli. To tragedia, z którą żaden kraj nie powinien mierzyć się samotnie – mówiła.
– To dopiero początek. Wiemy, że przed nami jeszcze bardzo długa droga – podsumowała Sandra. – Przez lata nikt nie słuchał krzyku Wenezuelczyków. Teraz świat wreszcie go usłyszał, ale to nie oznacza, że najtrudniejsze mamy już za sobą.