Kim Dzong Un otwiera drzwi dla Trumpa: "Możemy się dogadać, ale broń jądrowa zostaje"
Kim Dzong Un po raz pierwszy od lat wysłał jasny, choć warunkowy sygnał do Waszyngtonu: Korea Północna jest gotowa na normalizację stosunków ze Stanami Zjednoczonymi – pod warunkiem, że USA uznają jej status państwa nuklearnego i zrezygnują z polityki wrogiej wobec Pjongjangu.
Deklarację przywódca wygłosił 25 lutego 2026 roku podczas zamknięcia Dziewiątego Zjazdu Partii Pracy Korei – pierwszego od pięciu lat tak dużego zgromadzenia partyjnego. Według relacji państwowej agencji KCNA Kim powiedział wprost:
"Jeśli Stany Zjednoczone będą szanować nasze obecne stanowisko nuklearne zapisane w Konstytucji i wycofają wrogą politykę… nie ma powodu, dla którego nie moglibyśmy dobrze się dogadać ze Stanami Zjednoczonymi".
Dodał jednak natychmiastowo: "Przyszły stan stosunków między naszym krajem a USA zależy wyłącznie od postawy Stanów Zjednoczonych. Pokojowe współistnienie czy permanentna konfrontacja – jesteśmy gotowi na obie opcje".
W tym samym przemówieniu Kim całkowicie zamknął furtkę do dialogu z Koreą Południową. Nazwał Seul "najbardziej wrogim podmiotem" i oświadczył, że Pjongjang "trwale wyklucza Koreę Południową z kategorii rodaków". Według analityków cytowanych przez AFP to wyraźny sygnał, że Kim chce rozmawiać bezpośrednio z Waszyngtonem, omijając Seul jako pośrednika.
Kluczowe elementy wystąpienia Kima:
- zapowiedź dalszej, "nieograniczonej" rozbudowy arsenału jądrowego i zasięgu operacyjnego rakiet,
- podkreślenie, że denuklearyzacja "straciła już znaczenie" i "jest ostatnią rzeczą, jakiej można się po nas spodziewać",
- stwierdzenie, że Korea Północna stała się "państwem nuklearnym" i nie zamierza z tego rezygnować.
Według szacunków Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) z 2025 roku Pjongjang posiada około 50 zmontowanych głowic jądrowych i materiał rozszczepialny wystarczający na kolejne 40. W ostatnich miesiącach reżim przeprowadził kilka prób rakiet balistycznych średniego i pośredniego zasięgu.
Wystąpienie Kima zbiegło się w czasie z przygotowaniami do kwietniowej wizyty Donalda Trumpa w Pekinie. Obserwatorzy zwracają uwagę, że w najnowszej "globalnej mapie drogowej bezpieczeństwa" ogłoszonej przez administrację Trumpa w 2025 roku pojęcie denuklearyzacji Korei Północnej zniknęło całkowicie – w przeciwieństwie do dokumentów z pierwszej kadencji Trumpa, gdzie pojawiało się 16 razy.
Na trybunie obok Kima stała jego nastoletnia córka Kim Ju Ae, ubrana w charakterystyczną czarną skórzaną kurtkę – dokładnie taką samą, jaką nosił jej ojciec podczas parady wojskowej. Według Narodowej Służby Wywiadowczej Korei Południowej (NIS) 13-letnia Ju Ae została już wyznaczona na następczynię tronu. Jej obecność na zjeździe partii jest interpretowana jako kolejny krok w oficjalnym budowaniu wizerunku dynastii.
Eksperci oceniają ostatnie słowa Kima jako najbardziej pragmatyczny i otwarty sygnał skierowany do Waszyngtonu od czasu nieudanego szczytu w Hanoi w 2019 roku. Pytanie brzmi, czy administracja Trumpa – która w pierwszej kadencji mocno stawiała na osobistą dyplomację z Kimem – zdecyduje się wrócić do stołu negocjacyjnego na warunkach Pjongjangu.