ŚwiatIndie wchodzą do gry o półprzewodniki. Zaczynają od pakowania, celują w niezależność

Indie wchodzą do gry o półprzewodniki. Zaczynają od pakowania, celują w niezależność

Czy Indie mogą stać się liczącym graczem w branży chipów komputerowych? Wiele wskazuje na to, że kraj ma ku temu solidne fundamenty – szczególnie w projektowaniu układów – ale dopiero buduje zaplecze produkcyjne. Impulsem okazała się pandemia, która brutalnie obnażyła kruchość globalnych łańcuchów dostaw. Teraz rząd w Delhi chce, by półprzewodniki stały się jednym z filarów strategicznej niezależności gospodarczej, a firmy zaczęły dostawać część kluczowych komponentów "z bliższych źródeł".

chip
chip
Źródło zdjęć: © PIXABAY | redakcja ipolska24.pl

Dla Arnoba Roya, współzałożyciela Tejas Networks z Bangalore, temat jest bardzo praktyczny. Jego firma dostarcza urządzenia dla operatorów komórkowych i szerokopasmowych – czyli sprzęt, który przenosi ruch w sieciach telekomunikacyjnych. Do tego potrzebne są wyspecjalizowane chipy, projektowane pod konkretne zadania.

Jak podkreśla Roy, układy telekomunikacyjne różnią się od tych spotykanych w smartfonach czy elektronice konsumenckiej. Muszą obsługiwać równocześnie ogromne wolumeny danych od setek tysięcy użytkowników, a przy tym działać stabilnie bez przerw. W telekomunikacji awaria nie jest "niedogodnością" – jest krytycznym problemem. Dlatego architektura takich chipów musi uwzględniać niezawodność, redundancję i bezawaryjność.

Indie mają mocną pozycję w samym projektowaniu półprzewodników. Szacunki mówią, że około jedna piąta światowych inżynierów tej branży pracuje właśnie tam. To dlatego niemal każdy globalny gigant od chipów ma w Indiach duże centra badawczo-projektowe, często jedne z największych poza krajem macierzystym. Problem polega na tym, że projektowanie to tylko pierwszy etap. Produkcja wciąż w ogromnej części odbywa się za granicą.

W praktyce wygląda to tak: firmy projektują układy w Indiach, ale zlecają ich wytworzenie w wyspecjalizowanych fabrykach poza krajem. W czasie pandemii ten model zadrżał w posadach – gdy zabrakło chipów, całe gałęzie przemysłu na świecie musiały ograniczać produkcję. Wtedy stało się jasne, że globalna produkcja jest zbyt skoncentrowana geograficznie, a taka koncentracja oznacza ryzyko: jeśli "jedna część świata" się zatrzyma, zatrzymują się też inni.

Rząd Indii wyciągnął z tego wnioski. Zamiast próbować od razu przeskoczyć na najwyższą półkę, gdzie dominują najpotężniejsze firmy z Tajwanu, kraj chce budować własny ekosystem etapami – tak, by zwiększać odporność gospodarki i uniezależniać się od wąskich gardeł w dostawach.

Produkcja chipów to w uproszczeniu trzy duże etapy. Najpierw projekt, w którym Indie są mocne. Drugi etap to wytwarzanie płytek krzemowych w niezwykle drogich "fabach" – gigantycznych fabrykach wyposażonych w maszyny warte fortunę. To tu, szczególnie przy najbardziej zaawansowanych układach, przewagę mają wyspecjalizowane ośrodki w Azji. Trzeci etap to cięcie wafli na pojedyncze układy, ich pakowanie w obudowy, podłączanie, a następnie testowanie. Ten obszar – nazywany outsourcingowym montażem i testowaniem półprzewodników (OSAT) – ma być dla Indii pierwszym wielkim krokiem w stronę własnego przemysłu.

Przedstawiciele branży wprost mówią: montaż, testowanie i pakowanie jest łatwiejsze do uruchomienia niż budowanie najnowocześniejszych fabryk krzemowych. I właśnie na tym Indie koncentrują się na starcie. Już teraz zapowiadane są kolejne zakłady, które mają wejść w produkcję na większą skalę.

Symbolicznym przykładem jest Kaynes Semicon – firma powstała w 2023 roku, która jako pierwsza uruchomiła wspierany przez rząd zakład półprzewodnikowy. Spółka zainwestowała około 260 mln dolarów w fabrykę w Gudżaracie, gdzie zajmuje się montażem i testowaniem układów scalonych. Produkcja ruszyła w listopadzie ubiegłego roku.

Z perspektywy Kaynes Semicon "pakowanie" nie jest prostą czynnością, jak mogłoby się wydawać laikom. To wieloetapowy, rygorystyczny proces, bez którego sama płytka krzemowa jest dla przemysłu praktycznie bezużyteczna. Co ważne, zakład nie celuje w najbardziej zaawansowane układy do najnowszych smartfonów czy treningu sztucznej inteligencji. Stawia na segmenty, które są mniej "efektowne", ale strategicznie kluczowe: motoryzację, telekomunikację i zastosowania obronne. Logika jest prosta: najpierw zbudować skalę na własnym rynku i w obszarach realnego zapotrzebowania, a dopiero później stopniowo zwiększać złożoność.

Ta strategia ma jednak swoją cenę – i nie chodzi wyłącznie o inwestycje. Największą barierą okazały się kompetencje i kultura pracy. Jak przyznaje kierownictwo Kaynes, Indie nie miały wcześniej doświadczenia w budowie półprzewodnikowych "clean roomów", instalacji tak specjalistycznego sprzętu ani szkoleniu ludzi do pracy w reżimie jakościowym charakterystycznym dla tej branży. Półprzewodniki wymagają żelaznej dyscypliny procesów, dokumentacji i kontroli jakości na poziomie, którego nie zna tradycyjna produkcja. A szkolenia nie da się przyspieszyć do granic możliwości – "pięciu lat doświadczenia" nie da się wcisnąć w kilka miesięcy. To właśnie ludzie są dziś najwęższym gardłem.

Mimo to w branży rośnie ostrożny optymizm. Roy z Tejas Networks liczy, że w perspektywie dekady w Indiach powstanie realna baza produkcyjna, która pomoże firmom takim jak jego – przede wszystkim przez skrócenie łańcuchów dostaw i większą przewidywalność. A dalej? W dłuższym horyzoncie ambicją jest, by indyjskie firmy nie tylko projektowały, ale też w pełni wytwarzały wyspecjalizowane chipy, m.in. telekomunikacyjne.

Na razie to początek drogi: mniej spektakularny niż wyścig o układy AI, ale być może bardziej sensowny z perspektywy kraju, który chce budować przemysł etapami, na własnych potrzebach i na realnych kompetencjach. Jeśli ten plan się powiedzie, Indie mogą stać się ważnym elementem globalnej układanki półprzewodników – nie od razu jako lider w najbardziej zaawansowanych technologiach, ale jako stabilne ogniwo produkcji i pakowania, którego świat dziś bardzo potrzebuje.

indieprodukcja chipomchipy

Wybrane dla Ciebie