Dwa tygodnie szantażu Trumpa o Grenlandię – sojusznicy NATO nie zapomną tej lekcji
Przez ostatnie dwa tygodnie świat wstrzymał oddech, patrząc, jak Donald Trump eskaluje kryzys wokół Grenlandii – od gróźb wojskowych, przez 200-procentowe cła na europejskie towary, aż po otwarte kwestionowanie sensu istnienia NATO. Wszystko po to, by w końcu ogłosić… porozumienie. I choć szczegóły umowy wciąż są mgławicowe, jedno jest już pewne: europejscy sojusznicy nie zapomną tego spektaklu.
Zaczęło się od triumfu w Wenezueli – udanej operacji, która dodała Trumpowi animuszu. Dzień po dniu sypały się kolejne deklaracje: Grenlandia "jest niezbędna dla bezpieczeństwa USA", Dania "zachowuje się niewdzięcznie", Europa powinna "skupić się na Rosji, a nie na wyspie". Gdy kraje NATO – Dania, Norwegia, Szwecja, Finlandia, Niemcy, Francja, Holandia i Wielka Brytania – odmówiły ustępstw, Trump zagroził cłami na wszystko, co płynie przez Atlantyk.
Wtedy włączył się Mark Rutte – sekretarz generalny NATO, który najwyraźniej odegrał rolę głównego mediatora. Efekt? Wizyta ministrów spraw zagranicznych Danii i Grenlandii w Waszyngtonie, utworzenie grupy roboczej i cichy odwrót Trumpa od gróźb użycia siły. "Prawdopodobnie nic nie dostaniemy, chyba że zdecyduję się na nadmierną siłę – a wtedy nikt nas nie zatrzyma. Ale tego nie zrobię" – powiedział w Davos.
Co tak naprawdę udało się wynegocjować? Szczegóły wciąż są niejasne, ale "New York Times", powołując się na anonimowych urzędników, pisze o możliwym zrzeczeniu się przez Danię suwerenności nad niewielkimi fragmentami Grenlandii – dokładnie tam, gdzie USA mogłyby budować nowe bazy wojskowe. W zamian Trump miałby obiecać dostęp do zasobów mineralnych wyspy. NATO miałoby zaś zwiększyć swoją obecność w Arktyce, by zablokować Rosję i Chiny.
Dania i Grenlandia od lat powtarzają: jesteśmy otwarci na większą obecność amerykańską – ale na naszych warunkach. Jeśli teraz zgodziły się na coś więcej, to tylko dlatego, że Trump zagroził rozpadem sojuszu transatlantyckiego.
Premier Kanady Mark Carney nazwał to "zerwaniem starego porządku". Ursula von der Leyen mówiła o "sejsmicznej zmianie" i konieczności większej niezależności Europy. Nawet kraje, które formalnie popierają Trumpa (Węgry, Maroko), zachowują ostrożność.
Dwa tygodnie kryzysu – groźby, ultimata, cła, publiczne upokarzanie sojuszników – zakończyły się porozumieniem, które można było osiągnąć bez całego tego teatru. Europejscy przywódcy nie zapomną tej lekcji: w świecie Trumpa 2.0 lojalność i historia NATO nie chronią przed szantażem. Teraz wiedzą, że w każdej chwili mogą stać się kolejnym "niewdzięcznym" partnerem.
Pytanie brzmi: ile razy jeszcze Europa pozwoli się tak traktować, zanim naprawdę zacznie budować plan B?