Nie żyje Mirosław Krawczyk – aktor, który ożywił zarówno klasykę, jak i kultowe seriale
W wieku 72 lat zmarł Mirosław Krawczyk – ceniony aktor teatralny i filmowy, przez dekady związany z Teatrem Wybrzeże w Gdańsku. O śmierci artysty poinformował w sobotę sam teatr, żegnając go słowami: "Mirku, na scenie oczarowywałeś szczerością, a my zapamiętamy Cię jako kolegę o wielkim sercu".
Mirosław Krawczyk urodził się 7 grudnia 1953 roku w Olkuszu. Po ukończeniu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie zadebiutował w 1978 roku rolą w "Damach i huzarach" Fredry w reżyserii Jana Machulskiego w Teatrze Śląskim w Katowicach. Tam występował do 1986 roku, po czym na stałe związał się z Gdańskiem i Teatrem Wybrzeże.
Jak wspominał Jacek Wakar w albumie "Twarze Wybrzeża", Krawczyk świadomie unikał łatki amanta – wolał role charakterystyczne, barwne, często trudne do jednoznacznego zdefiniowania. Zagrał w wielu klasycznych tytułach: "Balladynie", "Hamlecie", "Wesołych kumoszkach z Windsoru", "Karmanioli, czyli od Sasa do Lasa" czy "Mary Page Marlowe". Widzowie zapamiętali go także z głośnego "Marat/Sade" – spektaklu, w którym w trakcie pierwszego aktu doznał rozległego zawału serca. Koledzy dograli przedstawienie bez niego, a on – jak żartobliwie wspominał – usłyszał od biegnącego za noszami dyrektora Krzysztofa Nazara pytanie: "Mirku, będziesz jutro grał?".
Na dużym ekranie debiutował dzięki Januszowi Kidawie. Zagrał m.in. w głośnym "Czarnym czwartku. Janek Wiśniewski padł", "Disco polo", "6 dniach strusia" oraz "Grzesznym żywocie Franciszka Buły". Najszerszej publiczności dał się poznać dzięki serialom: "Ojciec Mateusz", "Pierwsza miłość", "Lekarze", "Rezydencja", a także epizodom w "M jak miłość" i "Na Wspólnej".
Teatr Wybrzeże w oficjalnym pożegnaniu podkreślił, że Krawczyk stworzył "szereg wyjątkowych kreacji", łącząc repertuar klasyczny z współczesnym. "Był aktorem prawdziwym – szczerym, ciepłym, zawsze gotowym pomóc" – napisano.
Śmierć Mirosława Krawczyka wywołała falę wspomnień wśród widzów i kolegów po fachu. Wielu podkreśla, że łączył w sobie rzadką dziś cechę: potrafił być jednocześnie wielkim aktorem scenicznym i "swoim chłopem" – ciepłym, życzliwym, zawsze uśmiechniętym.
Spoczywaj w pokoju, Mirku.