Grenlandia na celowniku Waszyngtonu. Biały Dom nie wyklucza żadnego scenariusza
Administracja Stanów Zjednoczonych otwarcie przyznaje, że rozważa różne warianty przejęcia kontroli nad Grenlandią – włącznie z użyciem sił zbrojnych. Informację tę potwierdził Biały Dom, podkreślając, że sprawa arktycznej wyspy ma dziś dla USA rangę "priorytetu bezpieczeństwa narodowego".
Słowa te wywołały natychmiastową reakcję w Europie. Kilka godzin po stanowisku Waszyngtonu przywódcy siedmiu państw – Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Polski oraz Danii – wydali wspólne oświadczenie, w którym jednoznacznie poparli Kopenhagę i przypomnieli, że o przyszłości Grenlandii mogą decydować wyłącznie jej mieszkańcy oraz państwo duńskie.
Prezydent USA Donald Trump już wcześniej kilkukrotnie podkreślał, że Stany Zjednoczone "potrzebują Grenlandii" ze względów strategicznych. W ostatni weekend powtórzył, że Arktyka ma kluczowe znaczenie dla globalnego bezpieczeństwa, co w Danii zostało odebrane jako bezprecedensowa presja na sojusznika z NATO. Premier Danii ostrzegła nawet, że ewentualny atak USA na Grenlandię oznaczałby faktyczny koniec Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Biały Dom, pytany o granice działań administracji, nie pozostawił wątpliwości. W oficjalnej odpowiedzi dla mediów zaznaczono, że prezydent i jego doradcy analizują "pełne spektrum opcji", a użycie amerykańskich sił zbrojnych zawsze pozostaje narzędziem, którym dysponuje naczelny dowódca.
Europejscy przywódcy w swoim stanowisku podkreślili, że bezpieczeństwo Arktyki jest wspólną odpowiedzialnością całego NATO, a nie polem jednostronnych działań. Wezwali także do bezwzględnego poszanowania zasad Karty Narodów Zjednoczonych, w tym suwerenności i nienaruszalności granic. Premier Grenlandii Jens-Frederik Nielsen przyjął to oświadczenie z zadowoleniem, apelując jednocześnie o "dialog oparty na wzajemnym szacunku i prawie międzynarodowym".
Sprawa Grenlandii nabrała nowej dynamiki po niedawnej operacji wojskowej USA w Wenezueli, zakończonej zatrzymaniem prezydenta Nicolás Maduro i jego przewiezieniem do Nowego Jorku. Dzień po tym wydarzeniu w amerykańskich mediach społecznościowych pojawiła się grafika przedstawiająca Grenlandię w barwach flagi USA z podpisem "Wkrótce", co dodatkowo podgrzało napięcia.
Stephen Miller, jeden z kluczowych współpracowników Trumpa, oświadczył publicznie, że "formalnym stanowiskiem rządu USA jest przekonanie, iż Grenlandia powinna znaleźć się w granicach Stanów Zjednoczonych". Z kolei przedstawiciele Departamentu Stanu zapewniają, że Waszyngton dąży przede wszystkim do "budowania trwałych relacji handlowych" i reaguje na rosnącą aktywność Rosji i Chin w regionie arktycznym.
Według nieoficjalnych informacji rozważane są również scenariusze pokojowe, takie jak wykup wyspy od Danii lub zawarcie z Grenlandią paktu o wolnym stowarzyszeniu. Sekretarz stanu Marco Rubio miał przekonywać amerykańskich senatorów, że administracja nie planuje militarnej inwazji, choć temat zakupu terytorium pozostaje na stole.
Grenlandia liczy zaledwie około 57 tysięcy mieszkańców i od 1979 roku posiada szeroką autonomię, jednak polityka zagraniczna i obronność nadal należą do kompetencji Danii. Choć wielu Grenlandczyków opowiada się w długiej perspektywie za pełną niepodległością, sondaże pokazują zdecydowany sprzeciw wobec przyłączenia do Stanów Zjednoczonych.
Dla mieszkańców wyspy amerykańskie deklaracje brzmią niepokojąco. – To przerażające słyszeć, jak mówi się o nas jak o przedmiocie geopolitycznej transakcji – podkreślają lokalni komentatorzy. W obliczu narastających napięć jedno jest pewne: przyszłość Grenlandii staje się jednym z najbardziej drażliwych tematów współczesnej polityki międzynarodowej.