Sygnały o tym, że coś złego dzieje się w poznańskim areszcie docierały do kancelarii Beaty Jackowiak od 2018 r. – Od początku 2020 r. zaobserwowałam duże nasilenie tych informacji. W czasie ostatniego roku dramatycznie wzrosła liczba listów, telefonów, błagań o pomoc. W czasie pandemii więźniowie zostali pozostawieni sami sobie. Nie ma dnia, żeby nie wpłynął do mnie list, lub nie dotarł inny sygnał od osadzonych, czy ich rodzin, którzy się niepokoją o swoich najbliższych. Analizując te zgłoszenia dochodzę do wniosku, że poznański areszt, jest chyba jedną jednostką w Polsce, która funkcjonuje w oparciu o własne zasady i przepisy, które nijak mają się do obowiązującego prawa. To co najbardziej uderza, to fakt, że skazany, osadzony w areszcie w Poznaniu, nie może sobie samodzielnie wybrać sobie pełnomocnika, bowiem to dyrektor aresztu decyduje, kto będzie go reprezentował. Dostaję wiele zgłoszeń podejrzewających korupcję w tym zakresie. Dysponuję mailami, jak również innymi dokumentami, które wprost na to wskazują, a reakcja dyrekcji aresztu tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Otrzymałam na przykład pismo od wspomnianego dyrektora, że nie mogę reprezentować jednego z osadzonych, ponieważ trwa pandemia i do aresztu są wpuszczani tylko adwokaci. Wnioskuję, że jestem jakimś zagrożeniem. Tym bardziej, że były już stosowane wobec mojej osoby pewne formy zastraszania. Któregoś dnia dyrektor Piotrowski zapytał mnie wprost, czy nie boję się chodzi po ulicy. Na moje pytanie dlaczego, odpowiedział, że przecież ktoś mnie może „odszczelić”, że pozwolę sobie zacytować. W oddziale na Nowosolskiej doszło do sytuacji, że osadzonym, którzy próbowali się ze mną skontaktować grożono karą w postaci pobytu w tzw. sieczkarniku, czyli dźwiękoszczelnym pomieszczeniu, w którym nie ma kamer i w którym można zrobić z osadzonym, co tylko się zechce– zdradza Beata Jackowiak.