Nowe stawki zastępują identyczny system, który wygasł w piątek. Oficjalnym uzasadnieniem jest walka z pracą przymusową. Przedstawiciel USA ds. handlu Jamieson Greer stwierdził, że działania mają korygować "zarówno naruszenie praw człowieka, jak i destrukcyjną praktykę handlową".
Eksperci są jednak sceptyczni. Caroline Freund, dziekan Wydziału Polityki Globalnej i Strategii Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego, powiedziała wprost: "To nie dotyczy pracy przymusowej. Trump po prostu szuka prawnego uzasadnienia dla wprowadzenia ceł".
Jego prawdziwym celem – według ekspertów – jest zmniejszenie deficytu handlowego i ochrona amerykańskiej produkcji.
Co to oznacza dla partnerów?
Nowe cła obejmują 99,4 proc. amerykańskiego importu od 60 największych partnerów. Większość krajów będzie rozczarowana i prawdopodobnie zacznie szukać sposobów na zmniejszenie zależności od USA poprzez nowe umowy handlowe z innymi państwami.
Szczególnie niekorzystna sytuacja dotyczy Wielkiej Brytanii. Unia Europejska wynegocjowała 10-procentowe cła, podczas gdy Londyn musi mierzyć się z uniwersalnymi stawkami 10 proc. plus ewentualnymi dodatkowymi cłami na konkretne towary. Szef Brytyjskiej Izby Handlowej William Bain przyznał, że brytyjski biznes stracił przewagę komparatywną względem UE.
Sąd Najwyższy USA wcześniej orzekł, że wiele ceł wprowadzonych w ramach stanu wyjątkowego było niezgodnych z prawem. Nowe regulacje mają być próbą obejścia tych ograniczeń.
Eksperci ostrzegają, że opłaty podniosą koszty dla amerykańskich firm i konsumentów, choć część towarów została zwolniona z nowych stawek. Wpływ może więc być częściowo złagodzony, ale kierunek polityki handlowej Waszyngtonu jest jasny – ochrona własnego rynku kosztem partnerów.