Pierwszy przypadek zakażenia Ebolą w Kenii wywołał niepokój nie tylko wśród mieszkańców kraju, ale również w państwach sąsiednich. Wszystko zaczęło się od podróży przedsiębiorcy, który przybył z Demokratycznej Republiki Konga, przejeżdżając po drodze przez inne kraje. Mężczyzna zmarł kilka dni po dotarciu do Kenii, a badania potwierdziły, że był zakażony wirusem Ebola.
Wkrótce okazało się, że nie był jedynym chorym. Zakażenie wykryto również u czterech członków jego rodziny, trzech pracowników ochrony zdrowia oraz osoby zajmującej się sprzątaniem szpitala. Wszystkie potwierdzone przypadki mają związek z pierwszym pacjentem.
Największe obawy dotyczą możliwości przeniesienia wirusa poza dotychczas rozpoznany krąg zakażeń. Kenia jest jednym z najważniejszych węzłów komunikacyjnych w Afryce Wschodniej, a przez jej lotniska i przejścia graniczne codziennie przemieszczają się tysiące podróżnych.
Sytuacja jest tym poważniejsza, że w Demokratycznej Republice Konga epidemia osiągnęła ogromną skalę. Według danych przywoływanych przez organizacje humanitarne odnotowano tam ponad 9500 zakażeń i przeszło 4000 zgonów. To jeden z najtragiczniejszych wybuchów Eboli w historii.
Obecna fala zachorowań związana jest z wariantem Bundibugyo. W przeciwieństwie do niektórych innych odmian wirusa Ebola nie dysponuje on zatwierdzoną szczepionką ani swoistą metodą leczenia, choć prowadzone są badania nad nowymi rozwiązaniami medycznymi.
Kenijskie władze zapewniają, że sytuacja pozostaje pod nadzorem. Spośród 135 osób, które miały kontakt z pierwszym zakażonym, aż 134 zostały odnalezione i objęte kwarantanną. Oznacza to, że służbom udało się dotrzeć do niemal wszystkich potencjalnie narażonych na zachorowanie.
Dyrektor generalny ds. zdrowia Patrick Amoth poinformował, że stan ośmiu żyjących pacjentów poprawia się. Rząd podkreśla również, że żadna z osób objętych nadzorem nie wykazywała objawów choroby przed rozpoczęciem kwarantanny, co ma ograniczać ryzyko kolejnych zakażeń.
Mimo tych zapewnień lekarze zwracają uwagę na słabe punkty systemu ochrony zdrowia. Kenijski związek zawodowy lekarzy i dentystów alarmuje, że część przejść granicznych oraz placówek medycznych zmaga się z niedoborami personelu i odpowiedniego wyposażenia.
Szczególnie niepokojące jest zakażenie pracowników szpitala. Osoby opiekujące się chorymi na Ebolę należą do grup najbardziej narażonych, ponieważ wirus przenosi się przez bezpośredni kontakt z zakażonymi płynami ustrojowymi, między innymi krwią i wymiocinami.
Przedstawiciele środowiska medycznego domagają się zapewnienia odpowiedniej liczby środków ochrony osobistej, zwiększenia obsady placówek oraz skuteczniejszej kontroli podróżnych. Ostrzegają również przed stygmatyzowaniem zakażonych. Obawa przed odrzuceniem społecznym może bowiem skłaniać niektóre osoby do ukrywania objawów lub informacji o pobycie na terenach objętych epidemią.
W odpowiedzi na zagrożenie kenijski rząd wprowadził dodatkowe procedury sanitarne dla podróżnych przybywających z dziesięciu państw uznanych za obszary podwyższonego ryzyka. Osoby przylatujące między innymi z Demokratycznej Republiki Konga, Ugandy, Tanzanii, Rwandy czy Burundi muszą wypełniać elektroniczne formularze zdrowotne i przedstawiać odpowiednie kody QR podczas kontroli na lotniskach.
W całym kraju przygotowano także placówki przeznaczone do izolacji i leczenia zakażonych. W szpitalu Kenyatta National Hospital uruchomiono specjalistyczne laboratorium diagnostyczne, a blisko pięć tysięcy pracowników ochrony zdrowia przeszło szkolenia dotyczące rozpoznawania i zwalczania Eboli.
Władze uruchomiły również bezpłatną infolinię, pod którą mieszkańcy mogą zgłaszać podejrzenia zakażenia.
Niepokój wykracza już poza granice Kenii. Stany Zjednoczone zaleciły swoim obywatelom ponowne rozważenie podróży do tego kraju. Ostrzeżenia zdrowotne wydały również Wielka Brytania i Kanada.
Dodatkowe środki ostrożności wprowadzają państwa sąsiednie. Uganda, Etiopia, Somalia i Tanzania wzmacniają nadzór sanitarny oraz kontrole przyjezdnych. W Somalii kwarantanną objęto mężczyznę, który miał kontakt z osobą zmarłą w Kenii, a pobrane próbki skierowano do badań.
Pomimo narastających obaw kenijski rząd nie zdecydował się na zamknięcie granic ani ograniczenie działalności gospodarczej. Nie wprowadzono również zakazu zgromadzeń czy ogólnokrajowego lockdownu.
Eksperci zwracają jednak uwagę, że najbliższe tygodnie będą istotne dla oceny rozwoju sytuacji. Okres inkubacji Eboli wynosi od dwóch do 21 dni, dlatego u części osób, które miały kontakt z wirusem, objawy mogą pojawić się dopiero po kilkunastu dniach.
Organizacje międzynarodowe, w tym Światowa Organizacja Zdrowia oraz Afrykańskie Centra Kontroli i Prewencji Chorób, współpracują z kenijskimi służbami przy monitorowaniu zakażeń i ograniczaniu ryzyka transmisji.
Na razie wszystkie potwierdzone przypadki w Kenii pozostają powiązane z pierwszym chorym. Nie oznacza to jednak końca zagrożenia. Służby sanitarne koncentrują się na szybkim wykrywaniu nowych przypadków, izolowaniu osób narażonych oraz zapobieganiu dalszemu rozprzestrzenianiu się wirusa.