"Wielka Brytania, nasz niegdyś wielki sojusznik – być może największy ze wszystkich – poważnie rozważa wysłanie dwóch lotniskowców na Bliski Wschód. W porządku, premierze Starmer, już ich nie potrzebujemy. Ale będziemy pamiętać. Nie potrzebujemy ludzi, którzy dołączają do wojny po tym, jak już ją wygraliśmy!" – napisał Trump, kończąc post charakterystycznym dla siebie wykrzyknikiem.
Komentarz prezydenta USA zbiegł się w czasie z najcięższą nocą bombardowań Teheranu od początku konfliktu. W nocy z soboty na niedzielę izraelskie lotnictwo przeprowadziło zmasowany atak na instalacje naftowe i rafinerie w stolicy Iranu oraz w prowincji Chuzestan. Siły Obronne Izraela (IDF) potwierdziły operację, określając ją jako "kolejną falę uderzeń wymierzoną w zdolności militarne i ekonomiczne reżimu".
Mieszkańcy Teheranu relacjonowali na portalach społecznościowych i w rozmowach z dziennikarzami zagranicznymi, że obudzili się od serii potężnych eksplozji. Niebo nad południowymi i wschodnimi dzielnicami miasta rozświetliły gigantyczne pożary – pomarańczowo-czerwone słupy ognia były widoczne z odległości kilkunastu kilometrów. Według wstępnych doniesień irańskich mediów państwowych oraz świadków ucierpiały kluczowe rafinerie Teheranu, instalacje rozdzielcze i magazyny paliw. Władze Iranu mówią o "dziesiątkach ofiar cywilnych" i "katastrofalnych stratach w sektorze naftowym".
Atak jest postrzegany jako bezpośrednia odpowiedź na irańskie uderzenia rakietowe i dronowe z ostatnich dni – w tym na bazy w ZEA, Arabii Saudyjskiej, Bahrajnie i Katarze. Eksperci oceniają, że zniszczenie infrastruktury naftowej może w ciągu kilku tygodni zredukować irański eksport ropy o 60–80%, co oznaczałoby dalsze załamanie gospodarki i brak środków na finansowanie sił proxy w regionie.
Tymczasem w Londynie rząd Starmera stoi pod presją. Opublikowane w sobotę doniesienia "The Times" i "The Guardian" potwierdziły, że Admiralicja przygotowuje wysłanie grupy lotniskowca (carrier strike group) z HMS Prince of Wales i fregatami Type 45 do wschodniej części Morza Śródziemnego. Oficjalnie decyzja nie została jeszcze podjęta – ma zapaść na posiedzeniu gabinetu w poniedziałek – ale już teraz słychać głosy krytyki zarówno ze strony konserwatystów ("za późno"), jak i lewicowego skrzydła Partii Pracy ("niepotrzebne wciąganie się w wojnę Trumpa").
Biały Dom nie skomentował na razie sobotniego wpisu Trumpa, ale rzecznik Pentagonu potwierdził, że operacje lotnicze USA i Izraela "trwają zgodnie z planem" i są "skalibrowane tak, by maksymalnie osłabić zdolności ofensywne Iranu przy minimalnym ryzyku dla cywilów".
Na razie jedynym jasnym sygnałem z Teheranu pozostaje sobotnie przemówienie prezydenta Masuda Pezeshkiana, w którym przeprosił sąsiadów za ataki odwetowe i zapowiedział wstrzymanie uderzeń – o ile nie zostaną one przeprowadzone z ich terytorium. Jednak nocne bombardowanie rafinerii pokazuje, że tymczasowa rada przywódcza w Iranie wciąż nie kontroluje w pełni dynamiki konfliktu.
Wojna wchodzi w fazę, w której każdy nowy atak przybliża widmo całkowitego załamania irańskiej gospodarki naftowej – a jednocześnie rodzi pytanie: czy Londyn naprawdę chce dołączyć do końcówki tej rozgrywki, czy raczej zostać zapamiętany jako ten, kto przyszedł za późno?