Tragedia w alpejskim raju. Współwłaściciel baru aresztowany na 3 miesiące po sylwestrowym pożarze, który zabrał 40 młodych żyć
Malowniczy szwajcarski ośrodek narciarski Crans-Montana, miejsce luksusowych wakacji i szampańskich imprez, na zawsze zmienił się w symbol jednej z największych tragedii ostatnich lat. W sylwestrową noc w podziemnym barze Le Constellation zginęło 40 osób, a 116 zostało rannych – w większości bardzo młodych ludzi, w tym ośmioro poniżej 16. roku życia.
W poniedziałek szwajcarski sędzia zdecydował o najsurowszym możliwym środku zapobiegawczym wobec jednego ze współwłaścicieli lokalu. Jacques Moretti, 49-letni obywatel Francji, spędzi najbliższe 90 dni w areszcie tymczasowym. Prokuratura argumentuje, że istnieje poważne ryzyko ucieczki mężczyzny do Francji. Areszt może zostać zamieniony na kaucję – jej wysokość ma zostać ustalona w najbliższych dniach.
Moretti i jego żona Jessica (również Francuzka) są podejrzani o nieumyślne spowodowanie śmierci wielu osób, spowodowanie ciężkich obrażeń oraz podpalenie w wyniku rażącego niedbalstwa. Kobieta obecnie przebywa w areszcie domowym. W piątkowym krótkim oświadczeniu dla mediów powiedziała jedynie: "Jest mi niewyobrażalnie przykro z powodu tej tragedii".
Jak mogło dojść do tak wielkiej katastrofy? Według śledczych wszystko zaczęło się od popularnego sylwestrowego rytuału – wznoszenia toastów butelkami szampana ozdobionymi zimnymi ogniami (tzw. fontannami iskier). Goście trzymali butelki zbyt wysoko, blisko sufitu pokrytego pianką akustyczną. W jednej chwili iskry podpaliły łatwopalny materiał. W kilka sekund lokal wypełnił się ogniem i toksycznym dymem. Ludzie w piwnicznym pomieszczeniu nie mieli praktycznie szans na ucieczkę.
Najbardziej szokujący element całej sprawy ujawniły władze dopiero kilka dni temu: bar Le Constellation nie był kontrolowany pod kątem bezpieczeństwa pożarowego od pięciu lat, mimo że szwajcarskie prawo nakazuje coroczne przeglądy w tego typu obiektach.
Burmistrz Crans-Montana Nicolas Feraud przyznał we wtorek z wyraźną skruchą: "Nie potrafimy tego wytłumaczyć. Żałujemy tego ogromnie. Jesteśmy winni rodzinom ofiar i weźmiemy pełną odpowiedzialność".
Władze zapowiedziały już natychmiastowy zakaz używania zimnych ogni we wszystkich lokalach gastronomicznych i rozrywkowych w gminie.
Ośrodek Crans-Montana o tej porze roku wygląda zazwyczaj jak zimowa bajka – ośnieżone szczyty, luksusowe hotele i gwarne apres-ski:
Nikt jednak nie spodziewał się, że w jednej z najbardziej ekskluzywnych piwnic zamieni się ona w piekło.
Stan poszkodowanych pozostaje bardzo poważny – 80 osób nadal walczy o życie i zdrowie w szpitalach w Szwajcarii, Francji, Niemczech i Włoszech. Większość cierpi z powodu rozległych oparzeń i zatrucia dymem.
Śledztwo trwa. Pytania mnożą się szybciej niż odpowiedzi: kto dopuścił do tak długiego zaniedbania kontroli? Dlaczego nikt nie reagował na ewidentne ryzyko? I czy sylwestrowa zabawa iskrzącymi fontannami naprawdę musiała skończyć się największą tragedią w historii szwajcarskich ośrodków narciarskich?
Dzisiaj Crans-Montana milczy pod śniegiem. A rodziny 40 ofiar czekają na sprawiedliwość – i na wyjaśnienia, które być może nigdy nie przyniosą im ukojenia.