Serbia na rozdrożu: energetyczny sojusz z Rosją chwieje się pod ciężarem amerykańskich sankcji
Serbia, przez lata uzależniona od rosyjskiej ropy i gazu, znalazła się w najtrudniejszej sytuacji energetycznej od dekad. Wprowadzone niedawno amerykańskie sankcje wobec rosyjskiego sektora naftowego uderzyły bezpośrednio w serbską gospodarkę, wystawiając na próbę sojusz Belgradu z Moskwą.
Sankcje, które zatrzymały pompę
W centrum kryzysu znalazła się państwowa spółka naftowa NIS (Petroleum Industry of Serbia), w której większość udziałów kontrolują rosyjskie koncerny Gazprom i Gazprom Neft. To właśnie powiązania z Rosją sprawiły, że NIS trafiła na listę amerykańskich sankcji, blokujących wszelkie transakcje z firmą.
Skutki były natychmiastowe – na stacjach benzynowych w całym kraju przestały działać karty Visa i Mastercard, a część dostaw paliw została wstrzymana. Serbia, pozbawiona dostępu do morza, sprowadzała ropę rurociągiem Janaf z Chorwacji, lecz po wejściu sankcji przepływ został wstrzymany.
– Nasze rafinerie mają zapasy tylko do końca listopada. Czas ucieka – przyznała minister energii Dubravka Djedović Handanović w rozmowie z BBC.
Według niej, Rosjanie są gotowi przekazać swoje udziały w NIS podmiotowi trzeciemu, by umożliwić zniesienie sankcji. Decyzja musi jednak zapaść szybko – w przeciwnym razie Serbię może czekać paraliż paliwowy.
Vučić w ogniu między Moskwą a Waszyngtonem
Prezydent Aleksandar Vučić, znany dotąd z balansowania między Wschodem a Zachodem, po raz pierwszy otwarcie skrytykował Kreml. – Jesteśmy rozczarowani postawą Rosji – przyznał.
Na relacje między krajami wpływ mają także problemy z dostawami gazu. Obowiązująca umowa z Gazpromem wygasa z końcem roku, a Moskwa nie spieszy się z jej przedłużeniem. Dla Serbii, która dotąd kupowała rosyjski gaz po cenie znacznie niższej niż rynkowa, oznacza to widmo drastycznych podwyżek.
– Możemy funkcjonować bez rosyjskiego gazu, ale po jakiej cenie? – zastanawia się Željko Marković, ekspert ds. energetyki.
W kuluarach mówi się, że Rosja celowo opóźnia negocjacje gazowe, by zniechęcić Belgrad do ewentualnej nacjonalizacji NIS, którą rozważa rząd – na wzór bułgarski.
Konflikt paliwowy i dyplomatyczny
Sprawa sankcji zbiegła się z kolejnym kryzysem – w sferze handlu bronią. Choć Serbia oficjalnie nie dostarcza uzbrojenia Ukrainie, jej fabryki sprzedają amunicję do państw trzecich, które następnie przekazują ją dalej. Kreml uznał to za "zdradę" i ostrzegł Belgrad przed konsekwencjami.
Vučić najpierw wprowadził embargo, ale niedawno zmienił ton, oświadczając, że "cieszy się, iż Serbia sprzedaje broń krajom Unii Europejskiej" – i że nie będzie ingerować w to, co nabywcy robią z dostawami dalej. Wypowiedź ta wywołała ostrą reakcję rzeczniczki rosyjskiego MSZ Marii Zacharowej, co jeszcze bardziej ochłodziło stosunki.
Amerykańska presja i europejski kierunek
W regionie Serbia nie jest osamotniona – Bułgaria już przejęła kontrolę nad swoją rafinerią należącą do Łukoilu, a Węgry uzyskały roczne zwolnienie od sankcji. Belgrad jednak znalazł się bez osłony, w środku geopolitycznej rozgrywki.
Eksperci zwracają uwagę, że obecny kryzys może przyspieszyć europejski zwrot Serbii, która formalnie pozostaje kandydatem do członkostwa w UE. – To bolesna lekcja dla Vučića – komentują analitycy. – Serbia nie może jednocześnie trzymać się Moskwy i liczyć na wsparcie Zachodu.
Koniec energetycznej iluzji
Amerykańskie sankcje zachwiały filarami serbskiej energetyki, pokazując, jak ryzykowna okazała się wieloletnia zależność od rosyjskich surowców.
– NIS to dla Rosji drobiazg, ale dla Serbii kwestia strategiczna – podkreśla minister Djedović Handanović. – To 13,5 tysiąca miejsc pracy i ponad 80% naszego rynku paliw.
Jeśli nie dojdzie do kompromisu, zima w Belgradzie może być wyjątkowo chłodna – nie tylko w sensie pogodowym, ale i politycznym.
Serbia stoi dziś na rozdrożu: albo wybierze lojalność wobec Kremla, ryzykując sankcje i kryzys energetyczny, albo postawi na Zachód – kosztem historycznej przyjaźni z Moskwą.