Armada na Zatoce, "czas ucieka". Czy USA szykują kolejny cios w Iran?
Donald Trump ponownie podgrzał napięcie wokół Iranu. W mediach społecznościowych ostrzegł Teheran, że "czas ucieka" na powrót do rozmów o programie nuklearnym, a w kierunku regionu ma zmierzać "masywna armada" amerykańskich sił. Równolegle rośnie liczba sygnałów o wzmacnianiu obecności wojsk USA na Bliskim Wschodzie – od lotnictwa, przez systemy obrony, po grupę uderzeniową lotniskowca USS Abraham Lincoln.
To nie jest pierwszy raz, gdy Waszyngton pokazuje, że potrafi uderzyć w irańskie cele strategiczne. W czerwcu 2025 roku Stany Zjednoczone przeprowadziły atak na trzy kluczowe obiekty nuklearne w Iranie (Fordo, Natanz i Isfahan) w ramach operacji "Midnight Hammer". Administracja USA przedstawiała ją jako silny cios w irańskie ambicje nuklearne, choć późniejsze oceny i doniesienia wskazywały na różny poziom skuteczności uderzeń w poszczególne lokalizacje.
Teraz pytanie powraca: czy obecna koncentracja sił to tylko demonstracja i presja negocjacyjna – czy realne przygotowanie do kolejnego ataku?
Wzrost obecności: bazy, lotnictwo i "Agile Spartan"
W regionie od dawna stacjonują znaczne siły USA, a jedną z kluczowych placówek pozostaje baza lotnicza Al-Udeid w Katarze. Ostatnie tygodnie przynoszą jednak informacje o kolejnych przerzutach sprzętu i aktywności lotniczej, które – według analityków – mogą oznaczać nie tylko zwiększenie zdolności uderzeniowych, ale też przygotowania do obrony przed ewentualnym odwetem Iranu. Dodatkowym elementem układanki są zapowiedziane ćwiczenia gotowości, w których amerykańskie lotnictwo ma demonstrować zdolność szybkiego rozmieszczania, rozproszenia i utrzymania działań bojowych na obszarze odpowiedzialności CENTCOM.
Do gry wchodzą też sojusznicy. Wielka Brytania poinformowała o rozmieszczeniu myśliwców Typhoon w Katarze w ramach wspólnej eskadry UK–Qatar, podkreślając defensywny charakter misji i "wzmacnianie bezpieczeństwa regionalnego".
Lotniskowiec w regionie: sygnał siły i realne narzędzie
Najbardziej symboliczny – i zarazem praktyczny – jest ruch na morzu. Według doniesień USS Abraham Lincoln wszedł do regionu Bliskiego Wschodu w momencie narastających napięć, a Trump publicznie mówił o "armadzie" zmierzającej w kierunku Iranu. Grupa uderzeniowa lotniskowca to nie tylko pokaz flagi: to mobilna baza lotnicza zdolna do prowadzenia intensywnych działań, zwykle osłaniana przez okręty z pociskami manewrującymi.
Co mogłoby stać się celem – i czy USA mają plan "na potem"?
W dyskusji o potencjalnym ataku często pojawiają się dwa scenariusze. Pierwszy to uderzenia w zdolności wojskowe Iranu, które mogłyby posłużyć do odwetu: infrastruktura rakietowa, elementy obrony wybrzeża czy zasoby wykorzystywane do projekcji siły w regionie. Drugi – znacznie bardziej ryzykowny – zakłada ataki na kluczowe elementy aparatu bezpieczeństwa reżimu.
Eksperci zwracają uwagę, że przy obecnym rozlokowaniu sił USA mogłyby dosięgnąć bardzo szerokiego wachlarza celów na terytorium Iranu, choć najtrudniejsze pozostają obiekty głęboko ukryte i szczególnie chronione. Jednocześnie podkreśla się, że nawet precyzyjne uderzenia nie rozwiązują pytania o konsekwencje: co dalej, jeśli Iran odpowie, a konflikt zacznie się rozlewać po regionie.
Iran odpowiada: "dyplomacja pod groźbą" nie zadziała
Teheran oficjalnie odrzuca narrację, że to on zabiega o rozmowy. Szef irańskiej dyplomacji Abbas Araghchi podkreślał, że negocjacje nie mogą toczyć się pod presją militarną i przy "wygórowanych żądaniach". Według Reutersa Iran utrzymuje, że nie inicjował rozmów z USA, a kanały kontaktu – jeśli istnieją – mają charakter pośredni.
W tle pozostaje jeszcze jeden czynnik: polityczna gotowość państw regionu do udziału w ewentualnej eskalacji. Z doniesień medialnych wynika, że część partnerów USA w Zatoce niechętnie patrzy na scenariusz, w którym ich terytorium lub infrastruktura stałyby się punktem startu dla ataku – bo to automatycznie czyniłoby je potencjalnym celem odwetu.
Na dziś: presja rośnie, ale decyzji nie widać
Wzmocnienie amerykańskiej obecności wojskowej może służyć jednocześnie kilku celom: odstraszaniu, zabezpieczeniu baz i sojuszników, zbudowaniu przewagi negocjacyjnej, a także pozostawieniu realnej opcji uderzenia "na stole". To właśnie ta wieloznaczność sprawia, że rynki, dyplomaci i wojskowi czytają każdy ruch w regionie jak ostrzeżenie – bo od jednej decyzji politycznej zależeć może, czy demonstracja siły pozostanie tylko demonstracją.