Umowy obejmują Japonię, Malezję, Tajlandię, Wietnam i Kambodżę. W praktyce mają one na celu dywersyfikację dostępu do minerałów i stworzenie alternatywnych łańcuchów dostaw dla gospodarek zachodnich. Największe znaczenie ma jednak współpraca z Japonią i Australią – krajami posiadającymi zasoby i możliwości inwestycyjne. Australia już wcześniej uzgodniła z USA kontrakt o wartości 8,5 mld dolarów na rozwój zakładów przetwórczych.
Eksperci podkreślają, że choć umowy wyglądają obiecująco, droga do realnej zmiany będzie długa i kosztowna. – Budowa kopalni i zakładów rafinacyjnych poza Chinami wymaga ogromnych nakładów, spełnienia surowych norm środowiskowych i czasu – często liczonego w latach – ocenia Patrick Schroder z Chatham House.
Część zawartych porozumień, jak te z Malezją czy Tajlandią, ma charakter jedynie listów intencyjnych, co rodzi pytania o ich trwałość przy zmianach politycznych w tych krajach. Ponadto nie rozwiązano kwestii ekologicznych – przetwarzanie pierwiastków ziem rzadkich wiąże się z emisją substancji radioaktywnych i dużym obciążeniem środowiska.
Mimo to podpisane dokumenty stanowią ważny krok w rywalizacji gospodarczej z Pekinem. Chiny kontrolują około 70 procent światowego rynku przetwarzania metali ziem rzadkich i niejednokrotnie wykorzystywały tę przewagę w negocjacjach handlowych.
Trump, który jeszcze niedawno obiecywał, że "za rok pierwiastki ziem rzadkich będą warte dwa dolary, bo będzie ich tak dużo", liczy, że nowe porozumienia wzmocnią pozycję USA w rozmowach z Chinami. Na razie jednak Pekin pozostaje niekwestionowanym liderem, a inicjatywy amerykańskie dopiero zaczynają nabierać kształtu.
Pytanie brzmi, czy podpisane umowy okażą się realnym przełomem, czy jedynie kolejnym elementem wojny gospodarczej między dwoma mocarstwami.